Ja z kolei pozwolę sobie nie zgodzić się z kolegą Maleusem. Wyoblanie na dołkach w pieńkach jest bardzo wygodne, ale niestety sprawia, że stal się przecienia - zrobiłem kiedyś eksperyment i napierśnik z blachy 2mm, wyklepany na dołku, przeciąłem i zmierzyłem w punkcie największej wypukłości. Blacha zeszła tam (bez szlifu) do 1,6mm, czyli wynik był odwrotny do tego, co widzimy w zabytkach - grubo na środku, cienko na bokach. Napierśnik z półtorówki byłby w tym miejscu po szlifie już chyba grubości papieru.
Lepsze efekty daje wyciąganie - czyli "obciąganie" stali od góry na odpowiedniej kształtce. Przy niewielkich obłościach daje się to robić na zimno, choć oczywiście lepiej na gorąco.
Różnicę między wyoblaniem od środka a wyciąganiem od zewnątrz najlepiej przedstawić na przykładzie placka plasteliny i jajka. Jeśli spróbujesz plastelinę nacisnąć jajkiem, to się wgłębi, ale w końcu się rozerwie. Jeśli z kolei obciągniesz ją z góry na jajku, pomarszczy się, pozakłada i "oblepi" je gładko, bez nadwyrężania swojej struktury i przecieniania.
Co do młotków - kiedy zaczynałem, uległem propagandzie i mitom i długo polowałem na młotek z kulką. Po 2 latach zabawy mogę powiedzieć śmiało, że jedyne jego zastosowanie to... zaklepywanie nitów. Do prostych, XIV-wiecznych elementów zbroi, bez kaneli, wydumanych zdobień itp tak naprawdę używam:
- dość ciężkiego młotka ślusarskiego z lekko zaoblonym obuchem (żeby nie kaleczył blachy krawędziami). Używam go do wyciągania (raising)
- młotka chyba blacharskiego z dużym, płaskim, okrągłym obuchem, do równania,
- blacharskiego bociana do wyrównywania od środka głębokich elementów typu napierśniki, ale nie tylko.
Oprócz tego mam jeszcze trochę innych młotków, ale używam ich okazjonalnie, do bardziej wyspecjalizowanych rzeczy, typu wywijanie krawędzi, robienie grani itp.
Z młotkami sprawa jest taka, że często ciężko wytłumaczyć, czemu jeden się do czegoś nadaje, a inny nie. Po prostu któryś lepiej leży w dłoni, lepiej się nim pracuje, a inny, choć na oko podobny, "nie leży".
W ogóle nie sposób poradzić komuś "kup to, to i to". Moim zdaniem jedyny sposób to zgromadzić parę młotków i zacząć coś robić, a potem w trakcie samemu odkrywać, czego nam brakuje, jakiego obucha, jakiej wagi. Swoją kolekcję młotków zbierałem właśnie w ten sposób - robiłem coś i myślałem "przydałby mi się teraz młotek cięższy/lżejszy/węższy/bardziej wypukły" i takiego szukałem.
Jeśli chodzi o kucie na gorąco i klepanie na zimno - obróbka na gorąco ma same zalety.
- rozgrzany do temperatury kucia materiał jest bardziej miękki i plastyczny, nie sprężynuje, więc łatwiej się go kształtuje.
- przy klepaniu na zimno blacha sprężynuje i przenosi wibracje na kości ręki - palce, nadgarstki, co się potem dość boleśnie odbija. Na gorąco tego nie ma.
- kując na gorąco można lepiej kontrolować grubość stali, "przesuwając" ją odpowiednimi uderzeniami młotka.
- jak napisał Maleus, pewnych rzeczy na zimno nie zrobisz, np mankietów rękawic klepsydrowych, czy hełmu z jednego kawałka.
- pracując na gorąco możesz przejść z najpodlejszej stali konstrukcyjnej, miękkiej i ogólnie kiepskiej, do stali jakościowych typu 45 albo 50HF, które pozwalają zejść na grubości o "oczko" niżej - zamiast 2mm można stosować 1,5mm, zamiast 1,5mm - 1mm. Poza tym są to stale o wysokiej zawartości węgla, więc dobrze się hartują, zwłaszcza 45. Na zimno da się je obrabiać tylko w ograniczonym zakresie i z dużym wysiłkiem.
Do rozgrzewania stali do kucia wcale nie trzeba bóg wie czego - ja ostatecznie skonstruowałem sobie palenisko, które idealnie zaspokaja moje potrzeby. Jest to palnik propan-butan, podpięty do zwykłej butli 11kg, ustawiony na stałe nad niewielką kotliną ze zwykłych cegieł. Cegły sprawiają, że energia płomienia nie ucieka, przez co stal nagrzewa się do temperatury kucia w kilka-kilkanaście sekund. Koszt takiej konstrukcji to butla (plus nabicie), palnik i 20-30 cegieł, razem myślę jakieś 250zł. Nie potrzeba do tego komina, okapów i innych cudów, a butla gazu wystarcza spokojnie na tydzień-dwa całodziennego kucia (nabicie to ok 40zł).
Co jeszcze mogę poradzić - moim zdaniem nie warto inwestować w bóg wie jakie kowadło, do takich prac musi ono być tylko tak ciężkie, żeby się nie przesuwało w trakcie obróbki, czyli 10-20kg. Istotne jest za to, żeby miało bardzo gładką powierzchnię (każda skaza kowadła odbija się na blasze) i ostre brzegi (do wywijania krawędzi itp). Nie musi też mieć rogu, za to baaardzo przydatnym urządzeniem jest dwuróg kowalski. Praktycznie nie wyobrażam sobie w tym momencie pracy bez niego.
No i kolejna rzecz - wiertarka warsztatowa/słupowa/stołowa, jak ją zwał. Od zwykłej różni się tym, że jest zamocowana na kolumnie i ma możliwość ustawienia bardzo niskich obrotów, co pozwala wiercić w stali jak w maśle - 1 wiertło wystarcza na kilkaset otworów. Ze zwykłą, ręczną wiertarką taka sztuka się nie uda - wiertła potrafią się palić i rozhartowywać po jednym otworze z powodu za wysokich obrotów.
Oczywiście gadżetów tego typu jest więcej, ale to już sobie odkryjesz w trakcie. Uff
