Techniki kowalskie w okresie wpływów rzymskich
Moderatorzy: Nomad, BANAN, Marcin, Nikiel
- Grzegorz K.
- Administrator
- Posty: 3867
- Rejestracja: 29 sie 2009, 12:21
- Lokalizacja: Ustka/Słupsk
Rzymianie mieli kontakty handlowe z Chinami za pośrednictwem Partów tu jest pewien trop.
https://www.academia.edu/1945062/The_Ro ... se_Sources
https://www.academia.edu/1945062/The_Ro ... se_Sources
Wojciech Wangryn "Reset"
Witam wszystkich.
Ponieważ temat dotyczy również "mojej działki" pozwolę sobie dorzucić swoje "trzy grosze".
Na początku chciałbym się odnieść do sporu Adalbertusa i Krismilka/i (wybacz, ale nie wiem jak poprawnie odmienić Twój nick) dotyczącego nazewnictwa. Obydwaj macie racje, choć równie dobrze można powiedzieć że obaj się mylicie :-). Jest on moim zdaniem zwyczajnie bezprzedmiotowy i w zasadzie nierozstrzygalny - ot typowy spór akademicki.
Jak sami wiecie rozróżnienie terminologiczne "żelazo" i "stal" funkcjionuje na kilku płaszczyznach a wydzielenie tylko jednej z nich w naszym kontekście jest z założenia błędne ze względu na występujący tu paradoks logiczny.
Cały problem z przytoczonymi przez Adalbertusa współczesnymi definicjami polega na tym, ... że są one współczesne i z gruntu rzeczy odnoszą się do współczesnych produktów metalurgicznych, nie uwzględniając aspektów historycznych oraz specyfiki branżowej (kowalstwa). Są one przez to dalece nieidealne. Dodanie wymogu fazy ciekłej jest wtórne i nastąpiło wraz z rozwojem archeometalurgii. Rozróżnienie to powstało na użytek badań nad hutnictwem i nie obejmuje w najmniejszy nawet sposób rzemiosła kowalskiego. Stąd te wszystkie problemy. Spędziłem wiele godzin na dyskusjach z metalurgami próbując rozwiązać ten problem, jednak bezskutecznie.
W archeometalurgii produkt wyjściowy procesu dymarskiego konsekwentnie określany jest mianem żelaza dymarskiego (bloomery iron, Rennofen Eisen, etc.) i z tej pespektywy należałoby przyznać rację Adalbertusowi. Nazwa ta jest poprawna zarówno historycznie jak i wg współczesnej nomenklatury technicznej (przytoczone definicje). Jednak termin ten odnosi się do surowego produktu procesu dymarskiego (łupki). Na etapie kuźni sprawa się jednak komplikuje.
Jak bowiem rozróżnić miękki i twardy matariał o tak różnych właściwościach i zastosowaniu? Nie mówiąc już o pośrednich zabiegach technologicznych , które zmieniają zarówno strukturę, sieć krystaliczną oraz włąściwości wyjściowego produktu. Czy pisząc o materiale wgrzewanym na ostrza rzymskich mieczy, puncach, przecinakach, nożach czy innych narzędziach mamy każdorazowo stosować pojęcie "żelazo dymarskie o wysokim stopniu nawęglenia"? Idąc dalej tym rozumowaniem, to w starożytności nie było też "żelaza" (termin ten odnosi się do pierwiastka chemicznego) tylko każdorazowo należy stosować pełną nazwę "żelazo dymarskie". Przecież takiego tekstu nie da się czytać, nie mówiąc o prowadzeniu żywej konwersacji. To wszystko jest wbrew zdrowemu rozsądkowi nie wspominając już o ekonomi językowej. Dlatego też język "branżowy" wyróżnia te dwie kategorie. Mało tego, wyróżniał je od zawsze.
Już w starożytności zarówno Grecy jak i Rzymianie rozróżniali żelazo od stali. I tak Arystoteles używa nazwy "sideros" (przepraszam za pisownie ale silnik forum nie obsługuje chyba greckiej czcionki) na określenie miękkiego "żelaza" oraz "stomomata" oznaczającego twardą "stal". Podobnie Rzymianie stosowali pojęcia "ferrum" i "chalbys" (bodajże za Pliniuszem, nie mam w tej chwili jak sprawdzić). W XI w. u Teofila znajdziemy "ferrum" i "calibe", podobnie jak u Agricoli w wieku XVI. Od XVIII wieku zarówno u pisarzy niemieckich jak i polskich powszechnie znajdujemy już rozróżnienie żelazo i stal (eisen und stahl). Do dziś zresztą wśród starych kowali obowiązuje to rozróżnienie o czym z pewnością doskonale Panowie wiecie.
W publikacjach naukowych poświęconych badaniom metaloznawczym starożytnych ( i nie tylko) przedmiotów "żelaznych" również stosuje się oba pojęcia dla odróżnienia właściwości poszczególnych materiałów. I nie jest to żadna niekonsekwencja czy błąd. po prostu operuje się nimi na odmiennych płaszczyznach. Dualizm ten przyjął się już w literaturze , funkcjonuje i z tego chociażby powodu nie widzę potrzeby aby utrudniać sobie życie i wprowadzać sztuczne podziały.
Panowie , punktujecie się raz za razem tracąc czas i energię stosując przy tym zupełnie inny zakres znaczeniowy pojęć będących przedmiotem dyskusji. Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe??? Na przestrzeni dziejów metalurdzy (hutnicy, kowale) zawsze rozróżniali "żelazo" i "stal" stosując jednak zupełnie inne kryteria podziału niż my dzisiaj stosujemy. Mając świadomość tych kryteriów nie ma tu o czym dyskutować. Tak więc Adalbertusie, mając na uwadze fakt że sam po mistrzowsku władasz młotem, nie mogę zrozumieć Twojego ortodoksyjnego podejścia.
Z drugiej strony posługiwanie się przez Krismilka/e argumentacją opartą na historycznych pojęciach jest zupełnie nie związane, a nawet błędne w nawiązaniu do twierdzeń Adalbertusa. Pliniusz pisząc o stali z pewnością nie miał na myśli produktu który przeszedł przez fazę ciekła, "stali" tyglowej czy struktury pozbawionej wtrąceń żużlowych.
Miecze z podpisem "Ulfbehrt" (te oryginalne) były wykonywane rzeczywiście z bułatu, jednak jest to średniowiecze i to wcale nie takie znowu "wczesne" (IX-X w.). Poza tym materiał był najprawdopodobniej importowany (w jednym z pochówków znaleziono posążek buddy, a na terenie całej Skandynawii wiele przedmiotów o bezspornie południowo-azjatyckiej proweniencji)
Badania archeologiczne datują najwcześniejsze ośrodki produkujące stal tyglową na VI-VII w. n.e., więc jakakolwiek mowa o bułacie w okresie rzymskim jest czystą spekulacją. Podobnie ma się sytuacja ze stalą z Chin. Oczywiście Rzymianie handlowali z Chińczykami, pisze o tym również Pliniusz (Ferrum Sericum), jednak twierdzenie że była to stal produkowana z surówki żelaznej jest bardzo dużą nadinterpretacją. Chińczycy znali technologię produkcji surówki już od ok. IV w. p.n.e., jednak nie potrafili jej odwęglać aż do średniowiecza. W czasach odpowiadających okresowi rzymskiemu wykonywali odlewy żeliwne, które dzięki odpowiedniej obróbce termicznej (długotrwałemu wygrzewaniu) poddawały się przeróbce plastycznej (sferoidyzacja grafitu), jednak nadal był to kruchy i podatny na pęknięcia materiał.
W piecyku arystotelesowskim żelazo nie przechodzi przez fazę ciekłą. Nadtapia się tylko powierzchniowo pozostając w granicach dwufazowego obszaru współistnienia austenitu z cieczą (na granicy upłynnienia). Proszę czytać ze zozumieniem
Wracając jeszcze do bułatu, to wg współczesnej definicji on również nie jest stalą (nie został wytworzony w wyniku odwęglania surówki żelaznej, a jest to nawęglone żelazo dymarskie lub ewentualnie kompozycja materiałów o zróżnicowanym stopniu nawęglenia).
Co zaś się tyczy właściwego tematu, to u kogo Marcusie piszesz pracę? U Kokowskiego?
Co do narzędzi znanych z materiału archeologicznego musisz mieć na względzie że praktycznie wszystkie znaleziska poza Tłustym pochodzą z cmentarzysk. A tam najprawdopodobniej kierowano się zasadą "pars pro toto". Mamy obecnie 17 znalezisk narzędzi kowalskich (a w zasadzie interpretowanych jako kowalskie) z OWR + depozyt z Tłustego. Większość z nich miałem w rękach i niejednokrotnie odniosłem wrażenie (albo widziałem) że wkładano zmarłym do grobu narzędzia wybrakowane, możliwie najmniejsze lub wykonane bardzo niechlujnie (albo tylko do celów pogrzebowych - podobnie jak ceramika "cmentarna"). Poza tym wiele z interpretacji jest wybitnie naciąganych (np. Chmielów Piaskowy) i zestaw wcale kowalski być nie musi. Patrząc na asortyment produktów przeworskich to inwentarz narzędziowy jaki znamy z wykopalisk to nikły procent tego czym musieli się posługiwać.
To tak na początek...
Tymczasem dobrej nocy życzę
Pozdrawiam Serdecznie
Adrian Wrona
PS. Bibliografię dorzucę w wolnej chwili bo zmęzony już jestem i mi się zwyczajnie nie chcę :-)
Ponieważ temat dotyczy również "mojej działki" pozwolę sobie dorzucić swoje "trzy grosze".
Na początku chciałbym się odnieść do sporu Adalbertusa i Krismilka/i (wybacz, ale nie wiem jak poprawnie odmienić Twój nick) dotyczącego nazewnictwa. Obydwaj macie racje, choć równie dobrze można powiedzieć że obaj się mylicie :-). Jest on moim zdaniem zwyczajnie bezprzedmiotowy i w zasadzie nierozstrzygalny - ot typowy spór akademicki.
Jak sami wiecie rozróżnienie terminologiczne "żelazo" i "stal" funkcjionuje na kilku płaszczyznach a wydzielenie tylko jednej z nich w naszym kontekście jest z założenia błędne ze względu na występujący tu paradoks logiczny.
Cały problem z przytoczonymi przez Adalbertusa współczesnymi definicjami polega na tym, ... że są one współczesne i z gruntu rzeczy odnoszą się do współczesnych produktów metalurgicznych, nie uwzględniając aspektów historycznych oraz specyfiki branżowej (kowalstwa). Są one przez to dalece nieidealne. Dodanie wymogu fazy ciekłej jest wtórne i nastąpiło wraz z rozwojem archeometalurgii. Rozróżnienie to powstało na użytek badań nad hutnictwem i nie obejmuje w najmniejszy nawet sposób rzemiosła kowalskiego. Stąd te wszystkie problemy. Spędziłem wiele godzin na dyskusjach z metalurgami próbując rozwiązać ten problem, jednak bezskutecznie.
W archeometalurgii produkt wyjściowy procesu dymarskiego konsekwentnie określany jest mianem żelaza dymarskiego (bloomery iron, Rennofen Eisen, etc.) i z tej pespektywy należałoby przyznać rację Adalbertusowi. Nazwa ta jest poprawna zarówno historycznie jak i wg współczesnej nomenklatury technicznej (przytoczone definicje). Jednak termin ten odnosi się do surowego produktu procesu dymarskiego (łupki). Na etapie kuźni sprawa się jednak komplikuje.
Jak bowiem rozróżnić miękki i twardy matariał o tak różnych właściwościach i zastosowaniu? Nie mówiąc już o pośrednich zabiegach technologicznych , które zmieniają zarówno strukturę, sieć krystaliczną oraz włąściwości wyjściowego produktu. Czy pisząc o materiale wgrzewanym na ostrza rzymskich mieczy, puncach, przecinakach, nożach czy innych narzędziach mamy każdorazowo stosować pojęcie "żelazo dymarskie o wysokim stopniu nawęglenia"? Idąc dalej tym rozumowaniem, to w starożytności nie było też "żelaza" (termin ten odnosi się do pierwiastka chemicznego) tylko każdorazowo należy stosować pełną nazwę "żelazo dymarskie". Przecież takiego tekstu nie da się czytać, nie mówiąc o prowadzeniu żywej konwersacji. To wszystko jest wbrew zdrowemu rozsądkowi nie wspominając już o ekonomi językowej. Dlatego też język "branżowy" wyróżnia te dwie kategorie. Mało tego, wyróżniał je od zawsze.
Już w starożytności zarówno Grecy jak i Rzymianie rozróżniali żelazo od stali. I tak Arystoteles używa nazwy "sideros" (przepraszam za pisownie ale silnik forum nie obsługuje chyba greckiej czcionki) na określenie miękkiego "żelaza" oraz "stomomata" oznaczającego twardą "stal". Podobnie Rzymianie stosowali pojęcia "ferrum" i "chalbys" (bodajże za Pliniuszem, nie mam w tej chwili jak sprawdzić). W XI w. u Teofila znajdziemy "ferrum" i "calibe", podobnie jak u Agricoli w wieku XVI. Od XVIII wieku zarówno u pisarzy niemieckich jak i polskich powszechnie znajdujemy już rozróżnienie żelazo i stal (eisen und stahl). Do dziś zresztą wśród starych kowali obowiązuje to rozróżnienie o czym z pewnością doskonale Panowie wiecie.
W publikacjach naukowych poświęconych badaniom metaloznawczym starożytnych ( i nie tylko) przedmiotów "żelaznych" również stosuje się oba pojęcia dla odróżnienia właściwości poszczególnych materiałów. I nie jest to żadna niekonsekwencja czy błąd. po prostu operuje się nimi na odmiennych płaszczyznach. Dualizm ten przyjął się już w literaturze , funkcjonuje i z tego chociażby powodu nie widzę potrzeby aby utrudniać sobie życie i wprowadzać sztuczne podziały.
Panowie , punktujecie się raz za razem tracąc czas i energię stosując przy tym zupełnie inny zakres znaczeniowy pojęć będących przedmiotem dyskusji. Jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe??? Na przestrzeni dziejów metalurdzy (hutnicy, kowale) zawsze rozróżniali "żelazo" i "stal" stosując jednak zupełnie inne kryteria podziału niż my dzisiaj stosujemy. Mając świadomość tych kryteriów nie ma tu o czym dyskutować. Tak więc Adalbertusie, mając na uwadze fakt że sam po mistrzowsku władasz młotem, nie mogę zrozumieć Twojego ortodoksyjnego podejścia.
Z drugiej strony posługiwanie się przez Krismilka/e argumentacją opartą na historycznych pojęciach jest zupełnie nie związane, a nawet błędne w nawiązaniu do twierdzeń Adalbertusa. Pliniusz pisząc o stali z pewnością nie miał na myśli produktu który przeszedł przez fazę ciekła, "stali" tyglowej czy struktury pozbawionej wtrąceń żużlowych.
Miecze z podpisem "Ulfbehrt" (te oryginalne) były wykonywane rzeczywiście z bułatu, jednak jest to średniowiecze i to wcale nie takie znowu "wczesne" (IX-X w.). Poza tym materiał był najprawdopodobniej importowany (w jednym z pochówków znaleziono posążek buddy, a na terenie całej Skandynawii wiele przedmiotów o bezspornie południowo-azjatyckiej proweniencji)
Badania archeologiczne datują najwcześniejsze ośrodki produkujące stal tyglową na VI-VII w. n.e., więc jakakolwiek mowa o bułacie w okresie rzymskim jest czystą spekulacją. Podobnie ma się sytuacja ze stalą z Chin. Oczywiście Rzymianie handlowali z Chińczykami, pisze o tym również Pliniusz (Ferrum Sericum), jednak twierdzenie że była to stal produkowana z surówki żelaznej jest bardzo dużą nadinterpretacją. Chińczycy znali technologię produkcji surówki już od ok. IV w. p.n.e., jednak nie potrafili jej odwęglać aż do średniowiecza. W czasach odpowiadających okresowi rzymskiemu wykonywali odlewy żeliwne, które dzięki odpowiedniej obróbce termicznej (długotrwałemu wygrzewaniu) poddawały się przeróbce plastycznej (sferoidyzacja grafitu), jednak nadal był to kruchy i podatny na pęknięcia materiał.
W piecyku arystotelesowskim żelazo nie przechodzi przez fazę ciekłą. Nadtapia się tylko powierzchniowo pozostając w granicach dwufazowego obszaru współistnienia austenitu z cieczą (na granicy upłynnienia). Proszę czytać ze zozumieniem
Wracając jeszcze do bułatu, to wg współczesnej definicji on również nie jest stalą (nie został wytworzony w wyniku odwęglania surówki żelaznej, a jest to nawęglone żelazo dymarskie lub ewentualnie kompozycja materiałów o zróżnicowanym stopniu nawęglenia).
Co zaś się tyczy właściwego tematu, to u kogo Marcusie piszesz pracę? U Kokowskiego?
Co do narzędzi znanych z materiału archeologicznego musisz mieć na względzie że praktycznie wszystkie znaleziska poza Tłustym pochodzą z cmentarzysk. A tam najprawdopodobniej kierowano się zasadą "pars pro toto". Mamy obecnie 17 znalezisk narzędzi kowalskich (a w zasadzie interpretowanych jako kowalskie) z OWR + depozyt z Tłustego. Większość z nich miałem w rękach i niejednokrotnie odniosłem wrażenie (albo widziałem) że wkładano zmarłym do grobu narzędzia wybrakowane, możliwie najmniejsze lub wykonane bardzo niechlujnie (albo tylko do celów pogrzebowych - podobnie jak ceramika "cmentarna"). Poza tym wiele z interpretacji jest wybitnie naciąganych (np. Chmielów Piaskowy) i zestaw wcale kowalski być nie musi. Patrząc na asortyment produktów przeworskich to inwentarz narzędziowy jaki znamy z wykopalisk to nikły procent tego czym musieli się posługiwać.
To tak na początek...
Tymczasem dobrej nocy życzę
Pozdrawiam Serdecznie
Adrian Wrona
PS. Bibliografię dorzucę w wolnej chwili bo zmęzony już jestem i mi się zwyczajnie nie chcę :-)
Cóż, nie było mnie kilka(dziesiąt) dni na forum (życie...). Nie zamierzałem dać pretekstu do ostrej polemiki powyżej, nomenklatura powinna Nam ułatwiać życie, nie na odwrót. Cieszę się jednak że temat wzbudził emocje.
Moje emocje również
@ADALBERTUS - odpowiedziałeś swoich postach na pytania których nie byłbym w stanie sformułować, co stawia pod znakiem zapytania moje małe dociekania. "Wiem że nic nie wiem."
Co więcej - setki piecowisk i około 60/70 (w porywach, z czego połowa to pilniki) narzędzi kowalskich... ta dysproporcja nie daje mi spokoju, stąd pomysł z narzędziami kamiennymi i organicznymi.
Praca obroniona na 5. W zasadzie samo podejście procesualne (poza standardowym opracowaniem, katalogiem, opisem zabytków) było wystarczająco innowacyjne.
Oczywiście nie znaczy to że jestem z pracy w pełni zadowolony...
Popatrzyłem sobie na zabytki, poteoretyzowałem, a chciałbym zrobić coś szerszego.
Marzą mi się badania eksperymentalne, stanąłbym na rzęsach aby wziąć w czymś podobnym udział... Samemu to się można ogolić. Nigdy nie nawiązywałem współpracy z rekonstruktorami, być może przypadkiem poznałem tylko tych którzy darzą entuzjazmem przebieranki i błyskotki (bez obrazy
)
Chmielowa Piaskowego nawet nie uwzględniałem.
Charakteryzując zabytki również trafiłeś w dziesiątkę - z tym miałem ogromny problem. Zasadniczo miałem dwie opcje:
1. Potraktuję 'asortyment' narzędzi z cmentarzysk jako pozostałość realnych warsztatów (co kreuje wiele pytań o technikę pracy, drobne narzędzia itp.)
2. Przyjmę pogląd o symbolicznym znaczeniu kijowo wykonanych, drobnych narzędzi (Jak w takim razie wyglądał realny warsztat?)
Depozyt z Tłustego ratuje nieco sytuację.
Pozdrawiam, Marcus.
PS - myślę nad eksperymentami, badaniami porównawczymi, czy ma jakąkolwiek rację bytu zastosowanie zamiennika dla żelaza dymarskiego? Jeśli tak - czego mógłbym użyć?
PS II:
Wrzucam fotkę ze swoich zabaw z 'organicznymi' narzędziami (niestety w niskiej rozdzielczości, małe roszady przy formułowaniu pracy mgr.), może się spodobać

Moje emocje również
@ADALBERTUS - odpowiedziałeś swoich postach na pytania których nie byłbym w stanie sformułować, co stawia pod znakiem zapytania moje małe dociekania. "Wiem że nic nie wiem."
Odniosłem się oczywiście do tej drobnej różnicy między współczesną stalą a żelazem dymarskim - Wspierając się również Piaskowskim... To właśnie czyni rzemiosło tej epoki innym - natura surowca. (również Radomir Pleiner sporo na ten temat pisał, polecam forumowiczom)Przypominam na koniec, że moja pierwsza uwaga dotycząca żelaza i stali dotyczyła pracy magisterskiej o kowalstwie w starożytności. Magisterskiej, a więc jak najbardziej naukowej. Czy Marcus weźmie sobie tę informację do serca czy nie – jego sprawa. Jego i ewentualnego krytyka, który zwróci mu na to uwagę podczas obrony.
Co więcej - setki piecowisk i około 60/70 (w porywach, z czego połowa to pilniki) narzędzi kowalskich... ta dysproporcja nie daje mi spokoju, stąd pomysł z narzędziami kamiennymi i organicznymi.
Praca obroniona na 5. W zasadzie samo podejście procesualne (poza standardowym opracowaniem, katalogiem, opisem zabytków) było wystarczająco innowacyjne.
Oczywiście nie znaczy to że jestem z pracy w pełni zadowolony...
Zgadzam się w pełnej rozciągłości - stąd moje zainteresowanie tematyką.Też uważam, że o technologiach antycznych powinien wypowiadać się kowal-praktyk a nie książkowy teoretyk.
Popatrzyłem sobie na zabytki, poteoretyzowałem, a chciałbym zrobić coś szerszego.
Marzą mi się badania eksperymentalne, stanąłbym na rzęsach aby wziąć w czymś podobnym udział... Samemu to się można ogolić. Nigdy nie nawiązywałem współpracy z rekonstruktorami, być może przypadkiem poznałem tylko tych którzy darzą entuzjazmem przebieranki i błyskotki (bez obrazy
@joneleth - Trafiłeś w większości przypadków.Co zaś się tyczy właściwego tematu, to u kogo Marcusie piszesz pracę? U Kokowskiego?
Co do narzędzi znanych z materiału archeologicznego musisz mieć na względzie że praktycznie wszystkie znaleziska poza Tłustym pochodzą z cmentarzysk. A tam najprawdopodobniej kierowano się zasadą "pars pro toto". Mamy obecnie 17 znalezisk narzędzi kowalskich (a w zasadzie interpretowanych jako kowalskie) z OWR + depozyt z Tłustego. Większość z nich miałem w rękach i niejednokrotnie odniosłem wrażenie (albo widziałem) że wkładano zmarłym do grobu narzędzia wybrakowane, możliwie najmniejsze lub wykonane bardzo niechlujnie (albo tylko do celów pogrzebowych - podobnie jak ceramika "cmentarna"). Poza tym wiele z interpretacji jest wybitnie naciąganych (np. Chmielów Piaskowy) i zestaw wcale kowalski być nie musi. Patrząc na asortyment produktów przeworskich to inwentarz narzędziowy jaki znamy z wykopalisk to nikły procent tego czym musieli się posługiwać.
To tak na początek...![]()
Charakteryzując zabytki również trafiłeś w dziesiątkę - z tym miałem ogromny problem. Zasadniczo miałem dwie opcje:
1. Potraktuję 'asortyment' narzędzi z cmentarzysk jako pozostałość realnych warsztatów (co kreuje wiele pytań o technikę pracy, drobne narzędzia itp.)
2. Przyjmę pogląd o symbolicznym znaczeniu kijowo wykonanych, drobnych narzędzi (Jak w takim razie wyglądał realny warsztat?)
Depozyt z Tłustego ratuje nieco sytuację.
Pozdrawiam, Marcus.
PS - myślę nad eksperymentami, badaniami porównawczymi, czy ma jakąkolwiek rację bytu zastosowanie zamiennika dla żelaza dymarskiego? Jeśli tak - czego mógłbym użyć?
PS II:
Wrzucam fotkę ze swoich zabaw z 'organicznymi' narzędziami (niestety w niskiej rozdzielczości, małe roszady przy formułowaniu pracy mgr.), może się spodobać

"Człowiek jest tyle wart, ile warte są sprawy, którymi się zajmuje."
fotka nie działa, wstaw raz jeszcze proszę.
Zamiast żelaza dymarkowego możesz użyć tak zwanego starego żelaza czyli prześwieżonej surówki np. przy użyciu pieca fryszerskiego. Metoda ta była stosowana do 19 w. Struktura takiego żelaza zasadniczo się nie różni od struktury ż. dymarkowego. Jest włókniste i pełne zanieczyszczeń żużlowych. bywa że jest dużo gorszej jakości niż dobrze obrobione ż. dymarkowe.
Zamiast żelaza dymarkowego możesz użyć tak zwanego starego żelaza czyli prześwieżonej surówki np. przy użyciu pieca fryszerskiego. Metoda ta była stosowana do 19 w. Struktura takiego żelaza zasadniczo się nie różni od struktury ż. dymarkowego. Jest włókniste i pełne zanieczyszczeń żużlowych. bywa że jest dużo gorszej jakości niż dobrze obrobione ż. dymarkowe.
