W tamtym czasie niedaleko Piechowic koło Szklarskiej Poręby mieszkał i miał swoją kuźnię, stary, 70-ciokilkuletni kowal, Pan Staszek, osadnik z Wileńszczyzny, który potrafił tak wyprowadzić ostrza i zahartować je, że nie krzywiły się i nie pękały nawet przy pizgnięciu 10 kg młotem.
I tu przechodzę do sedna. Kiedyś pojechałem do niego po odbiór „świeżej” partii klinów, a ponieważ był zajęty jakąś kowalską robotą powiedział:
- „Panie tego, usiądź Pan troszki, a ja zara kończe”.
Zacząłem przyglądać się jego robocie. Coś tam kuł na kowadle i co jakiś czas smarował bitnię jakąś czarną mazią. Dziwne to dla mnie było, no, ale to on kowal i na robicie swojej się zna. Po załatwieniu sprawy przed wyjściem zapytałem go:
- „Panie Staszku, a czym pan tak smarował kowadło”
– „A Panie tego, Panie, powiedz no Pan jakiego rodzaju je stal?”
– „Żeńskiego, ale co to ma do rzeczy?”
– „Ano ma, Panie tego, Panie, stal jak kobita, lubi gdy sie jo poklepi, a i czasami mocniej trza przyłożyć. Ale żeby baby dobrze się trzymali Panie tego, to tera różne kremy używajo. A że stal jak baba Panie, to ja wymyślał taki niby krem co go wklepuje, a z czego ni powim, bo to tajemnica, jeno powim, że czarna z sadzy. I wiencej Pan sie tego, Panie nie pytaj bo i tak ni powim. A kliny Panie tego, dobre robie?”
– „Bardzo dobre Panie Staszku”
– „No widzisz Panie tego, Panie to i z kremu tego też troszki”.
I tu moje pytanie: czy Wam wiadomo, czy ktoś z Was może słyszał, żeby w czasie kucia na gorąco używał ktoś podobnych wynalazków