Witam,
ja bym podszedł do zagadnienia od drugiej strony. Albo rozważamy konstrukcję miecza przeznaczonego do współczesnego sposobu „walki”, albo rozważamy budowę miecza tradycyjnego. Jeśli mówimy o mieczu współczesnym – pełne pole do popisu a wszystkie chwyty są dozwolone. Można nawet sugerować się mieczami świetlnymi, wszak robimy współczesny teatr

J Jeśli jednak na tapecie mamy miecz autentyczny, to musimy sobie uświadomić, że tamci kowale nie byli niedouczonymi idiotami, tylko fachowcami o wiedzy praktycznej o której my możemy sobie tylko pomarzyć. Innymi słowy, jeśli coś było zrobione tak a nie inaczej, to znaczy, że właśnie tak było najlepiej i tak być po prostu musiało. Jeśli jelce nie były zakuwane „na mur”, to znaczy, że: nie mogły, nie musiały, nie było takiej potrzeby..... Po prostu tak nie robiono. Skoro tak nie robiono, to znaczy, że takie rozwiązanie konstrukcyjne było optymalne. Logiczne ? Wynika z tego, że nie odbierano ciosów na jelec. Koniec. Kropka. Poza tym jak odebrać cios na rogowy czy drewniany jelec ?
Pomijam już fakt, że jak można odebrać cios na ostrze, nie zamieniając od razu miecza w złom ?
No dobrze. Ale u schyłku średniowiecza zaczęto produkować jelce żelazne całkiem solidne. Pytanie tylko, czy one były obsadzane „na mur”. Znam miecz długi, który trafił do bagna pionowo, rękojeścią do góry. Drewno zgniło a jelec przesunął się do głowicy – miecz zapadał się w bagnie a jelec swobodnie przesuwał się po trzpieniu. Wniosek – nie mógł być osadzony zbyt dokładnie, bo rdza by go zablokowała. Przypuśćmy jednak, że był to akurat jakiś knot zrobiony przez niedouczonego płatnerza, a jego nabywca nie miał okazji płatnerzowi łba odrąbać za fuszerkę, bo sam swoją głowę na skutek wspomnianej fuszerki stracił. Inne jelce mocowano na amen. Pytanie tylko j a k . Czy to jest możliwe ? O wbijaniu na gorąco zapomnijmy – odpuścimy głownię w newralgicznym punkcie. Nitowanie ? Nie ma śladu po czymś takim. Zaklepywanie – po pierwsze byłby ślad, po drugie po kilkunastu silnych ciosach jelec nawet najlepiej zakuty by się obluzował. Jelec po prostu był w miarę dokładnie spasowany (choć nie zawsze!) nasunięty na trzpień i dociśnięty okładkami rękojeści. Jeśli przyjmował silny cios, był to więc absolutny wyjątek. Tak samo jak ostrze – jeśli ostrze przyjmowało cięcie „ostrze w ostrze”, był to A B S O L U T N Y, wyjątkowy przypadek, bo coś takiego niszczyło miecz raz na zawsze, a więc i rozbrajało rycerza-samobójcę. Tym samym problem trwałego i sztywnego mocowania jelca w mieczu historycznym przestaje istnieć. Ale, żeby nie było za ładnie, pojawia się inny problem. Jak takim mieczem zasłaniano się od ciosu ?
Wydaje mi się (ale tylko wydaje), że my na miecz patrzymy po prostu przez pryzmat współczesnej rąbaniny na turniejach rycerskich. Walimy się mieczami jak szynami kolejowymi i na siłę chcemy dopasować średniowieczny miecz do czegoś takiego, a nie odwrotnie. To styl naszej walki powinien zostać dopasowany do konstrukcji historycznego miecza. A konstrukcja miecza z końca ( i nie tylko końca) średniowiecza wyklucza w praktyce stosowanie miecza jako siekiery. On po prostu pęknie. Wyjątki – typ XIV i XX czy XXa (jeśli dobrze pamiętam) - miecze krótkie, krępe, rękojeść jednoręczna.
Proponuję tutaj mały eksperyment myślowy:
Większość z nas chyba wie jak wygląda głownia mieczowa.
Spróbujcie pokombinować jakiego rodzaju cios można czymś takim wykonać, a jakie ciosy miecz zniszczą, a więc ich wykonanie było w praktyce równoznaczne z samobójstwem.
Na wszelki wypadek załączam rysunek i wymiary miecza z X - XI w.
Pokłony
ADALBERTUS
