Była sobie razu pewnego piękna zimowa sobota. Postanowiłem sobie zrobic jakiś pakiecik z damastu. A ze u mnie od takich pomysłów do realizacji nie długa droga to piecyk rozpaliłem i pomalutku sie grzał. Zanim nastąpiła odpowiednia temperatura do zgrzewania to postanowiłem wykorzystać te "mniejsze ciepło" i poprawić rączki w moich szczypcach. Tak wiec szczypce sa oki, piecyk sie swieci na biało a ja przystępuje do pracy. Nic nadzwyczajnego 10 warst złożone na trzy i pozniej jeszcze raz na trzy. Zabawa trwała nie cała godzinę dzięki prasie hydraulicznej. I juz chciałem ciąć kolejne trzy kawałki niestety zostałem zmuszony to przerwać i zając sie innymi obowiązkami. (Wiecie sobota, koledzy, jakieś piwko) piec sobie stygł, pakiecik sie normalizował a my mieliśmy juz wolne.
W poniedziałek przyszedł do mnie kolega z prośba żeby pospawać ze sobą dwa dwyteowniki. Cos tam robił w domu nie istotne. Pospawalem mu to on zabiera je, zamachnął sie, tracił mój piecyk inwszystkomlezy na podłodze
Podczas remontu okazało sie ze ja, genialny geniusz nad geniuszami (czytaj IDIOTA) zapomiałem ze zamiast dyszy 0.8 jest dysza 1.2