Od razu zaznaczę od tego że poniższy tekst jest dla totalnych laików. Doświadczony walimłot nie znajdzie tu raczej nic prócz rozrywki.
Słoczysław zaczął się niewinnie. Nie było zleceń na produkcji, a chwilę wcześniej odkryłem jakie możliwości daje spawanie. Wykorzystując chwilę wolnego czasu wziąłem otwarty kształtownik 35x35, naciąłem go w 2 miejscach, ścisnąłem w imadle i obsmarkałem spawem nadając kształt, który potem szlifierką jeszcze korygowałem.

Było to bardzo czasochłonne, bzdurne i kosztowne (o czym jeszcze nie wiedziałem).
Powtórzyłem proces 3 razy nie wyciągając żadnych wniosków i tak oto powstała pierwsza stopa.

W stosunku do dłoni wygląda skromnie, nie tak jak ta z aktualnych zdjęć Smoczysława. Wynika to przede wszystkim z faktu, ze działając dalej nauczyłem się wielu różnych rzeczy, które pokazały mi, że potrafię lepiej. Kazało mi to wracać do rzeczy zrobionych na początku. Tak jak na przykład widoczne za powyższym zdjęciu śródstopie. Zrobione było z lekko ponacinanych kształtowników. Proste, banalne, nieorganiczne kształty. Obecnie w tym miejscu ścianki mają co najmniej 10mm grubości

Wiele, wiele poprawek wprowadzanych przy różnych etapach tworzenia.
Nim domyśliłem się że można inaczej, nim zrozumiałem, że na hali nie mam niczego, co byłoby dobrym materiałem na Smoczysława, to ciągle bazowałem na kształtownikach. Żeby było zabawniej, to sądziłem, że całego smoka mogę zrobić z pasków wycinanych ze ścianek kształtowników. Z 2mm grubości 'płaskowniczków' wyciętych z kształtowników... Taki miałem wtedy plan. Szkielet i ogólne gabaryty z pełnych kształtowników i wykończenie z ich wycinków.
Po położeniu fundamentu na łydkę...

... na szczęście zrezygnowałem z tego pomysłu. Pewnie uznałem, że to za duża powierzchnia na taką zabawę. Może też dowiedziałem się już wtedy jak szybko zużywają się tarcze do szlifierki. Może były też i inne powody, które po tylu latach wywietrzały mi z głowy. Tak czy siak podjąłem drastyczną, bardzo ważną i wiażącą mnie na stałe ze Smoczysławem decyzję: Przestałem okradać szefa z materiału (w sumie był mu zbędny, ale fakt faktem...) i zakupić swój własny, bardziej odpowiedni do tej pracy. Kupiłem 15 sztang płaskownika 4x50mm za niecałe 500 zł. Wówczas był to dla mnie ogromny wydatek i chyba z tydzień czasu przygotowywałem się psychicznie na ostateczne podjęcie decyzji o zakupie.
Gdy towar przyjechał nie było odwrotu.
Teraz miałem nowy materiał, nowe możliwości, musiałem zatem zastosować nowe podejście do sprawy. Jednak nim to zrozumiem to zacząłem tak:

Wyciąłem kawałek płaskownika i wygiąłem go ręką w imadle. Potem dociąłem drugi kawałek, ściąłem z niego materiał nachodzący na pierwszy kawałek, zespawałem tam, gdzie się stykały, sklepałem młotkiem 1kg tam gdzie się nie stykały, zespawałem, popatrzyłem i...

... rozwaliłem.
Łydka wyszła kanciasta, za mała, nieorganiczna. Odciąłem jąi postawnołem zająć się czymś innym, żeby sprawę przemyśleć. W końcu... W końcu zacząłem myśleć...

Co prawda i tak z marnymi efektami, ale to był już postęp.
Wymyśliłem sobie, że będę stosował podpory na nodze, które pomogą mi wyklepać porządane kształty. Wygladało to tak:

Wziąłem kawałek kształtownicza 20x20, poprzycinałem mu rogi, dospawałem na sztorc, w miejscu, gdzie miała być kostka i przykryłem swoim płaskownikiem. Płaskownik złapałem spawem w kilku miejscach, z których chciałem by mi nie uciekł i zacząłem napieprzać go młotkiem.

Postanowiłem ten sam motyw zastosować w łydce.

Na szczęście nie kontynuowałem tej praktyki. Zacząłem kombinować z imadłem. Jeszcze wtedy w imadle widziałem tylko szczęki, nie odkryłem jego powabnych kształtów.
jeb w imadło
Chwilę później, gdy zobaczyłem jak destrukcyjny wpływ mają moje praktyki na imadło, wykminiłem sobie moje 'kowadełko', które stosuję po dziś dzień.
Powyższa fota nie jest z czasu o którym piszę. Jest zrobiona niedawno. Przedstawia pierwsze moje już raz poprawiane 'kowadełko', któremu się niedawno wzięło i się pękło. Już mam nowy kątowniczek. Widać na nim też pierwsze kleszcze, które sobie zrobiłem. Do tej pory używałem kleszczy do rur:

A wcześniej:

Te szybko ropieprzyłem. Na samym począdku uzywałem zwykłych kombinerek, co widać na filmiku wyżej.
Szczypce, to szczypce, ale młotek... Srogo się namachałem tą 1kg dziecinką zanim kupiłem sobie 2 kg Anię, której całusami z rozkoszą okładam płaskownik.
klep klep
Gdy kończyłem pierwszą nogę...

... to zrobiłem coś, co powinienem był zrobić na samym początku – szablon.

Dopiero wtedy zobaczyłem co za bydle mi tu rośnie.
Żeby zachować podobne proporcje stóp znów skorzystałem z otwartego kształtownika by zrobić palce. Jednak tym razem nie sam spaw tworzył ich kształt. Naciąłem, puknąłem i dodałem materiału gdzie trzeba. Znacznie zgrabniej to poszło i bez szlifowania.

Gdzieś po drodze zacząłem fazować krawędzie płaskownika, bo zauważyłem, że dzięki temu spaw dostawał się głębiej, lepiej trzymał i czasem nawet nie wymagał szlifowania.
Robiłem coraz bardziej skomplikowane kształty, które już widać na zdjęciach prawej stopy powyżej. Zacząłem robić różne proste narzędzia na potrzebę chwili. Jedno z nich służy mi już na stałe:
wykręt
Na dziś starczy, a to nawet nie ćwierć Smoczysława

Czy tego chcecie, czy nie, obiecuję ciąg dalszy
