Ten miecz zrobiony jest nie tylko z dziweru, ale w dodatku z żelaza dymarskiego, a więc materiału z natury bardzo włóknistego. Korozja uwidacznia nie tylko dziwer, ale i włókna żelaza. W wielu miejscach przeżera głownię na wylot oddzielając od siebie poszczególne warstewki metalu. Przypuszczam, że te najostrzejsze, najciemniejsze kreski to właśnie takie przekorodowane na wylot miejsca. Całkiem możliwe, że tutaj gorzej się zgrzało, tym bardziej, że najwyraźniejsza kreska biegnie dokładnie na przedłużeniu zgrzewu rdzenia (u nasady trzpienia). Co ciekawa, prawie w tym samym miejscu w mojej rekonstrukcji też zgrzewka się rozwarstwiła.Marek pisze:ja tak trochę wyskoczę z tematu bo chodzi mi o obrazekczy te czarne kreski to są niedogrzania?
Porównaj zdjęcie rentgenowskie z tym samym fragmentem na normalnym zdjęciu.
Witaj w klubie :-)Marek pisze: można robić miecze historyczne a studiować zupełnie co innego, będę za jakiś czas tego żywym przykładem (przynajmniej mam taką nadzieję)
Trudno będzie Ci pogodzić jedno z drugim. To znam akurat z własnego doświadczenia (AM w Warszawie i w Łodzi, 4 lata Farmacji + 3 lata Lekarskiego). Być może czasy się zmieniły i władze AM inaczej na studentów patrzą, ale .... Powodzenia. Uważam jednak, że nie można być omnibusem. Albo wszystko poświęcasz zawodowi lekarza, albo czemuś innemu. Jeśli już coś robimy, to róbmy to najlepiej jak się da a nie po łebkach. Zwłaszcza, kiedy robimy coś, gdzie błąd w sztuce grozi poważnymi konsekwencjami.
Pisząc o mieczach i archeologii miałem na myśli wspaniały układ, kiedy moja pasja jest jednocześnie moim zawodem. Odpoczywasz pracując i pracujesz odpoczywając. Poza tym łączysz praktykę z teorią, wrastasz niejako w świat swojego hobby. Pozornie można i samemu, ale tylko pozornie. Mimo, że z medycyną nie mam kontaktu od wieeeelu lat, to nadal łatwiej mi myśleć kategoriami medyka czy farmaceuty niż archeologa. W archeologii zawsze będę samoukiem-amatorem. Owszem, żaden archeolog nie wie o budowie miecza tego co ja, ale dlatego połączenie jednego z drugim dałoby coś, w czym nie miałoby się praktycznie żadnej konkurencji.
Jasne, że nie. Nie urodziłem się przecież z młotkiem w ręku, choć jakieś-tam zdolności manualne po rodzicach odziedziczyłem. A moje pierwsze prace dalekie były od ideału, choć patrząc na to ostrze... "łezka w oku ..."Marek pisze: Poza tym czy Ty od razu robiłeś Miecze?Też musiałeś zaczynać od zwykłej stali, niezbyt dobrych proporcji i posiłkując się nowoczesnymi metodami
od czegoś trzeba zacząć a dla Jeza Xilio polecam po prostu wczytanie się w forum, poznanie podstawowych technik kucia, skompletowanie sprzętu. Gdy dojdziesz do tego, że będziesz mógł wykuć kształt jaki chcesz - zrobisz swój wyrób mieczopodobny
i wtedy zobaczymy czy Cie to usatysfakcjonuje czy nie bo ja zrobiłem swoje mieczopodobne cosie ze 2 lata temu, tutaj jeszcze nie oskórowana rękojeść:

Ale ja nie miałem kompletnie żadnych wzorców. Do tego stopnia, że zostałem kiedyś złapany przez strażników za próbę szpiegostwa (!!!). Moje szpiegostwo polegało na tym, że w Muzeum Wojska Polskiego szkicowałem szablę umieszczoną w gablocie. Ale nie wpadło mi do głowy, że to muzeum podlega pod Ministerstwo Obrony Narodowej, a więc jest objęte TAJEMNICĄ WOJSKOWĄ !!!!!
Serio.
Po co więc powtarzać tamte błędy, skoro niemal wszystko można teraz mieć podane jak na talerzu ? Robienie dziwoląga zajmuje tyle samo czasu co zrobienie miecza mającego swój historyczny odpowiednik. Chyba, że po prostu robimy wariacje na temat i traktujemy kowalstwo, a dokładnie mieczownictwo, jako rodzaj działalności artystycznej. Ale nazywajmy rzecz po imieniu - nie są to już miecze, tylko rekwizyty fantasy. To zupełnie inna - nie znaczy, że gorsza - bajka.
Ufff.
Pokłony
ADALBERTUS