W końcu po długiej przerwie zajrzałem do swojej "kuźni". Miałem plan, materiał i zapał jakiego nie czułem od dawna. No to do roboty,. Ładnie nawet idzie, szabelka będzie jak ta lala, nietypowa wąska ale ładna (przynajmniej dla mnie). Pióro wykute, zbrocze wymęczone bez niczyjej pomocy, no dobra to czas na ostrze. Resor w żar, pióro wystaje z drugiej strony kopczyka koksu, czekam, czegoś szukałem wzrokiem po kuźni, no dobra już czas! Wyciągam i ... pióro zostało tam gdzie było! Spojrzałem tylko na koniec przyszłej klingi i widzę jak z kikuta przyszłej szabli sypie się snop iskier. Minęły 3 sekundy i gdyby człowiek wybuchał niczym ładunek wybuchowy o sile adekwatnej do poziomu jego złości, to mój wybuch widziano by z Warszawy (50 km). Wściekłość a potem rezygnacja i brak chęci do czegokolwiek, najlepiej pójść do domu, usiąść i tak siedzieć do końca dnia.
A teraz po moim użalaniu się nad sobą, czas na was drodzy forumowicze.
Opiszcie swój najbardziej tragiczny moment związany z kuciem.
Podobno wyrzucanie z siebie takich negatywnych myśli pomaga.
Wspierajmy się.
